Opublikowane przez dnia 13 lipca 2017

Mam 10 lat, moja siostra 8;  jest lipiec 1955 r. Od połowy miesiąca na polach wre ciężka praca. Na każdym zagonie grupka ludzi: kosiarz, za nim ta, co „zazbieruje” i  ci, którzy wiążą snopki – najczęściej dzieci. Moje małe ręce nie mogą objąć snopka, „ździebła” kłują, gryzą muchy i bąki. Z różnych stron dochodzi odgłos żniwujących ludzi, dźwięk ostrzenia kos. Chce się jeść, chce się pić. Słońce pali, woda w bańce schowana pod miedzą lub pod snopkiem zrobiła się ciepła i już nie smakuje. Kwaśne mleko przyniesione w glinianej babce podeszło serwatką, i mimo, że przykryte, ma pełno polnych „paprochów”. Co jakiś czas odpoczywamy, ale jak się posiedzi, nie chce się wracać do roboty.  (Jak mi jest całkiem źle, to sobie przypominam, jak babka, schylona do samej ziemi żniwowała sierpem). Koło południa mama wraca do domu, doi krowę i robi obiad: naleśniki lub makaron z serem, ziemniaki z kapustą, kompot, czasem pierogi. (O mięsie można zapomnieć, że takowe istnieje). Potem powrót i dalsza praca, aż do wieczora. Pod koniec dnia stawiamy kopki. My znosimy snopki, mama stawia  kopki, tata „chocholi”. Gdy na „stajonku” stoi rząd lub dwa kopek, przed odejściem do domu pada zwyczajowe – Dziołuski! Policzcie kopki! Powrót do domu odbywa się przy pełnej szarówce, a bywa, że i przy księżycu, gdy niebo przecinają światła reflektorów szukające wrogich samolotów, z wojskowego lotniska w Balicach, leżącego za pobliskimi lasami. Rodzice gwarzą, że kłóska ciężkie, powinno dobrze sypać”.

A w domu, niestety, kolejne roboty czekające na gospodarzy. Trzeba sprowadzić z pola krowę, napoić, wydoić, „odpaść” świnie. I w tych pracach pomagamy na tyle, na ile możemy. Prowadzimy krowę do stawka z wodą, nabieramy wiadrem wodę, a ona pije i pije, jakby dna nie miała, potem taszczymy ze stodoły słomę do posłania zwierzętom. Gdy w stajni jest już cicho, myjemy się, rzecz jasna w zimnej wodzie. Jak okropnie szczypią ręce! Potem uboga kolacja – domowy chleb, ser, powidła, mleko, czasem jajka, ale o nie wcale nie łatwo. (Bo jak na złość we żniwa kury mało niosą, a jak się już jajek uzbiera, muszę je zanieść do sklepu i wymienić na cukier). Wreszcie można iść spać, zapaść się  w swój wyleżany dołek  w sienniku wypchanym słomą. Przez okno zagląda księżyc, znaczy że jutro będzie ładna pogoda. Bo rano – od nowa, do żniwa!  I tak dzień za dniem, w różnych kombinacjach, bo tata pracuje na kolei, na zmiany. Teraz pora zagrabić „ścierń”; a  jeszcze niedawno, gdy babka miała gęsi, to po zgrabieniu kazała je tam wyganiać, by do cna wyzbierały rozsypane ziarna. Bo w czasach mojego dzieciństwa  każdego ziarenka było szkoda. Czy ktoś wtedy śmiałby wyrzucić chleb na śmietnik, tak jak się to dzisiaj robi? Jak chleb spadł ze stołu, podnosiło się go i całowało na znak przeprosin.  Bo chleb jest święty, wypraszany u Boga w pacierzu – tak nas uczono…

Gdy zboże schnie w kopkach, okazję do wytchnienia kradnie nowa praca – zrywanie wiśni (bo czy ktoś mówił czereśnie?), które potem tata, idąc na pociąg do Krzeszowic, zanosi na ramieniu w koszyku do Szczuki, na handel. A między tym wyprawy do lasu, na borówki – na pierogi, na zimowy sok. Ale żniwa mają swój rytm, więc  niestety, czyha już kolejna, pilna robota. Zboże wyschło, więc czas na zwózkę. Z gałęzi przydrożnych drzew zwisają  ździebła, „wyczesane” z jadących fur, po gościńcach turkotają drabiniaste wozy. Furman stoi, albo siedzi na boku fury, w ręce bat, pogania konie, cmokają podkowy. Na środku wozu, na deskach siedzą gospodarze i dzieci, nogi dyndają wypuszczone między szczeblami. Ale cudowna jazda! Na polu, zboże na wozie fachowo układa sam furman, bo trzeba umieć to robić, tak by na furze zmieściło się  jak najwięcej, no i bezpiecznie dojechało. Gdy fura jest już wysoka, snopki podaje się na widłach o dwóch zębach. Źle nabite spadają z powrotem prosto na …, nasypując za kołnierz zboża i ości.

Potem furman zakłada „pawąz” i można jechać do domu. Biada, jak zjazd z pola jest stromy i fura się przechyla grożąc wywaleniem, a taki właśnie jest u nas. Trzymać, trzymać! Konie zapierają się nogami, zadzierają łby do góry, chrapią, wszyscy trzymamy rękami, widłami, krzyki, strach, a fura i tak się wywala… Chwała Bogu, żeśmy w porę uskoczyli! Mama pochlipuje, bo dużo zboża się wykruszyło, furman klnie, bo trzeba układać od nowa. Ale potem łagodnieje i pozwala wdrapać się nam na górę. Wpadamy w środkowe zagłębienie, siedzimy, leżymy, unikając mijanych gałęzi i paradnie zajeżdżamy przed stodołę.  Jak stodoła ma niskie wrota, albo fura jest „fest” naładowana, trzeba snopków ubrać, i dopiero potem ją wtoczyć na boisko, pomiędzy sąsieki. Snopki trzeba zrzucić do sąsieka i zgrabnie ułożyć,  raz kłębiami, raz kłóskami. I deptać, znaczy „tarasić”. To lubimy. Najlepiej pracuje się przy owsie, bo to miłe, miękkie zboże. Nie lubimy roboty z długim, szorstkim żytem, ale najgorszy jest jęczmień. Ze zwózką jest gorzej, gdy pole jest blisko domu, bo wtedy z oszczędności zwozi się innym sposobem – „tragacem” i sobą. Snopki ułożone z dwóch stron, pośrodku ściągnięte powrozem tworzą wysoką piramidę. Jedzie się tym pojazdem na wyczucie, niewiele widząc przed sobą, z rozmachem przejeżdża próg stodoły, „wyprzęga siebie”, rozciera omdlałe ręce i podaje snopki do sąsieka. Zwożenie nabiera nie lada dramaturgii, gdy idzie na burzę, bo wtedy wozi się galopem, nasłuchując pomruków spośród chmur. A skoro tata pracuje na zmiany, wiele razy zboże wozi mama i my. Pracuję, ale wszystko się we mnie buntuje: czemu jest nas tak mało w domu, że my, dziewczynki musimy tak ciężko pracować? Czemu nie mam starszego, silnego brata? I ileż razy te snopki będzie się wkładać i wykładać ze stodoły? Przecie za niedługo znów będzie się je wyrzucało na boisko, bo jesienią i zimą będzie młocka cepami! (Maszyny do młócenia pojawią się dopiero za parę lat). Pytam więc sama siebie – czemu tak wielkim trudem opłacony jest ten chleb, który się z tego zboża będzie piekło? Czemu my, dzieci ze wsi, musimy tak ciężko pracować, podczas gdy dzieci w mieście nic nie robią, tylko się bawią? Gdy przyjeżdżają na lato do rodziny, do Sanki na letnisko, też nic nie robią, są ładnie ubrane, ładnie mówią, „tak po pańsku”, są atrakcją dla nas, wiejskich dzieci… Czemu muszę zanosić jajka do sklepu, żeby je jadł ktoś inny, skoro ja tak lubię żółtko utarte „z kakałem”?  Dlaczego, dlaczego… Takie małe, dziecięce utrapienia, takie dziecięce poczucie krzywdy…

Na szczęście jest coś, co osładza te gorzkie rozmyślania. To świadomość, że 25-go lipca jest Jakuba  i będzie w Sance odpust! ODPUST! Tak wyczekiwany! Byle tylko pogoda była!

 

 Odpustowa niedziela. Idziemy kasztanową aleją (przy której jeszcze nie ma żadnych domów), z rodzicami na sumę. Babka poszła wcześniej. W rękach ściskamy chusteczki do nosa, w nich zawinięte po 2 złote na odpustowe zakupy, które dał nam mój „chrzesny”. Wczorajsze popołudnie spędziłyśmy razem z innymi dziećmi przy źródełku „pod Szczepanem” (skąd nosimy w wiadrach wodę!) cierpliwie wypatrując, czy wiozą karuzelę i motorówkę.  Przywieźli! Teraz, idąc do kościoła mijamy na końcu alei (tam gdzie stoi teraz dom Załuskich) rozłożoną pod wielką lipą podłogę na zabawę. Za zakrętem, za niziutką, biedniutką chałupką Kubinów, „na plebańskim”, stoi rozstawiona karuzela dla dzieci, obok motorówka łańcuchowa dla starszych. Im bliżej kościoła, tym więcej się dzieje. Ocieniony lipami gościniec prowadzący do kościoła jest zapchany do granic możliwości furmankami, w największej mierze z Czułowa i Rybnej. Konie z łbami w workach z obrokiem opędzają się od much i niestety – okropnie paskudzą… Tu, gdzie dzisiaj usytuowana jest pompa, pod lipą rosnącą za murem stoi  uwiązany koń

Tomasza Lisa z Baczyna, zacnego gospodarza, który zawsze do kościoła przyjeżdża na oklep, i który przyjaźni się z Księdzem Proboszczem Pawłem Frycem. Obok nie lada rarytas – wielka beczka z kiszonymi ogórkami, które pachną tak, że przejść nie można! Dalej – kramy. Na nich uwieszone różańce (takie same jak dzisiaj), wiszą na gumkach twarde piłeczki z trocin, owinięte w kolorowy celofan. Leżą piernikowe serca i cukierki w torebkach o kształcie rożka. Czekolady w ubogich, papierowych opakowaniach miękną na słońcu, kołaczyki drożdżowe z marmoladą, z serem przyciągają muchy i osy. Są pszenne chałki z Liszek, zwane kukiełkami. Są zabawki: lalki szmaciane, albo marzenie wielu dziewczynek – śliczne krakowianki z buzią, z warkoczami. Są do gwizdania blaszane kogutki z kolorowym piórkiem, gwizdki, wiatraczki, mnóstwo pierścionków z kolorowymi oczkami. Są zabawki drewniane: koniki na biegunach, małe taczki, bryczki z konikami, kręciołki na patyku dla maluchów, a wszystko pomalowane w kwiatki, wzorki w niesamowicie jaskrawych kolorach.

Są fujarki, piszczałki, gliniane ptaszki do których wlewa się wodę i gwiżdże, pukawki z korkiem uwiązanym na sznurku. Idąc, nie możemy oderwać oczu od tych cudów, które zachwalają kramarze, ale kupować nie wolno; to dopiero po Mszy Świętej. Między kramami mnóstwo ludzi, i jeszcze większy tłum wokół kościoła. Pod lipami stoją przygotowane, już wyniesione zawczasu „feretrony”, przystrojone w  bogate girlandy z bibułkowych kwiatków. Wchodzimy do kościoła przeciskając się środkiem przez dzwonnicę, w której modlą się chłopy. (No bo czy ktoś wtedy mówił mężczyźni?). Starsi, w wysłużonych ubraniach, z kapeluszami leżącymi na kolanach siedzą w nielicznych ławkach, młodsi stoją, ubrani w białe, niebieskie, seledynowe lub cytrynowe koszule, rękawy podwinięte. Spracowani gospodarze walczą ze zmęczeniem; niebawem zaczną drzemać – oczy się kleją, siwe głowy opadają coraz niżej…

W dzwonnicy jest ciasno, bo pod ścianami stoi wiele dobytku kościelnego: oparte o ścianę chorągwie, katafalk,  sfatygowane „feretrony”. A w kościele pod chórem, po obu stronach wejścia, stoją wysłużone, wiekowe skrzynie, w których kościelny trzyma długie, woskowe świece. Boję się ich, bo przypominają gromnicę, którą babka stawia w oknie w czasie burzy i trzyma „na umieranie”. Na skrzyniach można siedzieć, więc są zawsze „zasiędzione”. Dalej w dwóch rzędach stoją stare ławki, w nich siedzą baby. (Bo czy ktoś wtedy mówił „kobiety”?) Ubrane w kaftaniki, szerokie spódnice, z tybetkami na głowach, dzisiaj rozwiązanymi, bo jest gorąco. Młodsze stoją, ubrane w sukienki, bluzki i spódnice. Teraz jest moda na bluzki z jednokolorowej  żorżety, z haftowanymi kołnierzykami, do tego spódnica w kwiaty, więc prawie wszystkie są podobnie ubrane. Obowiązują skromne stroje, bo Proboszcz nie pozwala, by w kościele odsłaniać ciało. (Krótki rękawek u sukienek noszą dziewczynki, panny –  rękaw długi, a jeśli krótki, to do łokcia, nie krócej!). W kościele bardzo ciasno, pełne ławki, pełny babiniec. Dzieci jak zawsze stoją grzecznie przed ołtarzem, do głowy by im nie przyszło wejść do ławki. Są wyuczone, że choćby ławki stały puste, są tylko dla starszych! Ołtarze pięknie przystrojone. W szklanych flakonach stoją kwiatki z domowych ogródków. Najwięcej jest floksów, są „giorgonie”- po dzisiejszemu dalie, są lilie, róże. Są obrusy i serwety wyszyte w kwiaty przez naszą uzdolnioną hafciarkę – Zofię Zającową. (Wszystkie nakrycia ołtarzowe jej roboty będą służyć naszemu kościołowi nie tylko wtedy, ale jeszcze przez dalsze ponad 50 lat!). Z głównego ołtarza spogląda Matka Boża z Jezuskiem, schowana pod sukienką w róże, w bocznych ołtarzach św. Jakub (wtedy myślałam, iż to Jezus ze świecą, bo kto więcej mógł mieć takie długie, czarne włosy i tyle promieni nad głową?) i święta Anna, też wtedy osłonięta taką samą sukienką.  Ale  nad  św. Anną jest ozdoba, której też się boję, i którą omijam wzrokiem – oko! (Dzisiaj wiem, że to Oko Opatrzności). Za to bardzo lubię patrzeć na obrazy i drewniane figurki świętych wystające po bokach ołtarzy bocznych, na tłuściutkie aniołki siedzące wysoko nad ołtarzem głównym. Z ciekawością patrzę na marmurowe, czarne tablice, i umieszczone w nich portrety dziwnych ludzi. Ciekawe, kto to jest?

 

Rozpoczyna się Msza święta – suma odpustowa. Z zakrystii wychodzi kościelny Szczepan Krzanik z gasidłem, którym zapala świece na ołtarzu. Lubię patrzeć jak to robi, sięgając długą tyczką z pełgającym ognikiem (i kapturkiem do gaszenia z drugiej strony) do kolejnych świec. Rozlega się dzwonek, wychodzi Ks. Proboszcz i dwóch „żocków”, czyli ministrantów. Ksiądz Fryc staje tyłem do wiernych. Msza św. odprawiana jest po łacinie. Większość słów znam już ze słyszenia, ale nie wiem co znaczą. I strasznie mnie ciekawi, co też Ksiądz tam robi na ołtarzu, bo cały czas się krząta i pochylony modli. Stąd, gdzie stoję, klęczę, nie mogę dojrzeć. Dobrze byłoby stać w drzwiach „zachrystii” i wszystko widzieć! Na chórze gra organista Jan Krzanik, niski, okrągły, z sumiastym wąsem, w drucianych okularach. Ale, by organy grały, zawsze ktoś musi „kalikować”. Piękne są odgłosy naszego kościoła – urzeka mnie dźwięk dzwonków, którymi potrząsają żocki, zapach kadzidła, którym kołysze kościelny, śpiew pieśni z saneckim rozwlekaniem słów, z których najbardziej do mnie przemawiają te: …Lecz kiedy ojciec zagniewany siecze, szczęśliwy kto się do Matki uciecze”. Aż się trzęsę ze strachu, jak je słyszę, bo wyobraźnie mam bogatą, a i lanie nie jeden raz dostałam… Szczególne wrażenie robią na mnie żocki, odpowiadający Księdzu po łacinie; patrzę na nich z podziwem. Klęczę, ale jest to trudne, bo kamienna, nierówna posadzka gniecie; z czasem już wszystkie dzieci siedzą na piętach. Na bocznej ścianie przed ołtarzem Jakubowym – ambona, ozdobiona gołębicą. (Dzisiaj ten odnowiony symbol Ducha Św. zdobi ambonkę do czytań). Wejście na ambonę jest wąskie, więc Ks. Proboszcz obdarzony pokaźnym brzuchem z trudem wdrapuje się na górę. Teraz stoi nad nami i głosi odpustowe kazanie. Potem Podniesienie; wiem, że trzeba klęczeć ze spuszczoną głową, nie podnosić wzroku i trzymać nabożnie złożone ręce. Komunię świętą przyjmuje się przy balaskach, a stopień, na którym się przyklęka, jest już mocno wyżłobiony. Potem uroczysta procesja; Ks. Proboszcz otula welonem monstrację, formuje się pochód.  Idzie krzyż (ten sam co dzisiaj), chorągwie, baldachim nad Najświętszym Sakramentem, idą dziewczynki sypiące kwiatki, idą panny niosące feretrony – w białych, długich sukienkach, których karczek zdobią falbanki, z długimi rękawami, w „miertowych” wiankach, każda z czarną torebką. Po bokach idą starsze kobiety niosące zapalone świece, które przed procesją wydobył ze skrzyń kościelny i „nurkując” wśród tłumu, rozdał  kobietom. (Tych świec też się lękam, bo przypominają mi gromnicę, która babka stawia w oknie w czasie burzy i „trzyma na umieranie”). Tłum, który nie zmieścił się w kościele przyklęka, gdy mija go Ksiądz pod baldachimem. Dzwonią dzwony, szumią liście lip, brzęczą pszczoły, niesie się nabożny śpiew. Jest pięknie! Wchodzimy z powrotem do kościoła (mama przykazała, że mamy wejść) i śpiewamy „Ciebie Boże chwalimy”. Zwrotek jest dużo, ale to nie problem, bo ludzie do kościoła przynoszą książeczki. Śpiewa się też długą pieśń  (dzisiaj wiem, że to Suplikacje), prosząc Boga, by nas uchronił od… od wielu, wielu rzeczy.

Koniec Mszy świętej – tłum wylewa się na zewnątrz, za moment kłębi się już przy kramach. Młodzi mężowie trzymają pociechy na rękach, które dzisiaj wyjątkowo są zabrane do kościoła.  Bo nie ma zwyczaju przynoszenia małych dzieci do kościoła; w niedziele zostają z kimś w domu, by nie przeszkadzać w nabożeństwie.  Dzisiaj są, bo przy odpuście trzeba się nimi pochwalić, i też im coś kupić. My też kupujemy, po kilka razy wybierając tą samą rzecz. Niestety, pieniądze szybko topnieją, chociaż kupiłyśmy tak niewiele. „Dziełuchy” mają lepiej, bo im „kawalery” kupują czekolady, piernikowe serca, różańce. Kupujemy jeszcze ogórki, wyławiane z głębi beczki, spomiędzy gałęzi kopru; zapakowane do papierowych torebek zaraz przemokną, ale jak wspaniale smakują!  Wracamy do domu. Gościńcem z kościoła idzie tłum, rozstępując się przed odjeżdżającymi furmankami. Dzieci popiskują na kogucikach, zajadają słodkości, porównują kupione cuda. Część idących od razu skręca ku karuzeli i motorówce, bo jest tu na co popatrzeć.  Na odrapane krzesełka motorówki wsiadają panny, za nimi na krzesełka sadowią się kawalery, i gdy motorówka nabierze szybkości, gdy krzesełka latają już wysoko  zaczyna się zabawa – wychylają się do przodu, dopędzają panny, łapią za łańcuchy, okręcają krzesełka kilka razy i puszczają. Panny latają wysoko i kręcą się jak bąk, wrzeszcząc w niebogłosy.

Odpustowa zabawa.

Po południu odpustowe święto toczy się w dwóch miejscach. Wciąż kręci się karuzela i motorówka, ale i do tańców coraz bliżej. Koło podłogi do tańcowania stoi beczka z piwem, dalej rozsiadła się orkiestra:  akordeon, trąbka, klarnet, bęben i dwa talerze. Stoją prowizoryczne stoły, przy nich ławy. Chłopy już popijają, niektórzy skręcili tutaj idąc z kościoła, więc już mają dobry humor. Powoli zapełniają się stoły, na których we flaszkach stoi nie tylko piwo… Otoczenie podłogi to stojące panny, mężatki i babki; niektóre trzymają w kraciastych chustach niemowlęta  cyckające cumelki.  (Bo czy ktoś wtedy mówił smoczek?). Między nimi biegają dzieci. Orkiestra gra: „Bajo Bongo”, „Mexicanę” i  na podłogę wchodzą pierwsze pary. Na rogach wywijają dziewczynki. Baczne oczy gapiów obserwują tańcujących, komentują, nic nie ujdzie ich uwagi – ani sposób tańca, ani toaleta, ani kto z kim. Po paru godzinach coraz lepszej zabawy zapowiada się zawierucha, bo z Czułowa przybyli znane od lat zabijaki, są i Rybnianie, więc ani chybi, dojdzie do bitki! I tak się dzieje: nagle rozlega się babski wrzask, fruwają przekleństwa, słychać brzęk tłuczonego szkła, orkiestra milknie, tańcujący i gapie czmychają na boki, bo na podłodze już się dobrze kotłuje. Biją się nasi z obcymi.

Pretekstem są dawne, niewyrównane porachunki, zaproszenie do tańca którejś Sośnianki, nawet zwykłe potrącenie. Interweniują żony, każda z krzykiem próbuje odciągnąć „swojego”, koszule powyciągane ze spodni, urwane rękawy, rozbite nosy, głowy, bo przybysze są niestety uzbrojeni – w sztachety, bywa, że i bardziej, a przecież pod ręką są flaszki i kufle piwne… Jakie będą ofiary i straty, wieś dowie się jutro. Gdy awantura ucicha, znów zaczyna się tańcowanie. Chyba, że znów go przerwie kolejna szarpanina… Orkiestra milknie o brzasku. Odpustowe święto dobiegło końca. Na miejscu zabaw została udeptana trawa, papierki, flaszki powrzucane w krzaki, słowem „poodpustowy” krajobraz”. Przez jakieś dwa tygodnie będzie wieś miała o czym opowiadać! I czekać, czekać znów cały rok na odpust św. Jakuba…

 Przyznam się, że z tych dziecięcych lat najbardziej utkwiły mi w pamięci te realia, które wtedy – 60 lat temu, były dla mnie największymi atrakcjami. Do mojej świadomości nie docierał liturgiczny sens odpustu, ani patronat św. Jakuba, ani pobożność Księdza Proboszcza Pawła Fryca. Niestety… Przepraszam Cię za to Panie Boże i dziękuję, że pozwoliłeś mi dożyć czasu, w którym patrzę na to święto inaczej. I wzruszam się szczerze, gdy z dzisiejszej perspektywy patrzę na te ciężkie, siermiężne lata dzieciństwa, tą powszechną biedę, tą ciężką pracę wszystkich bez wyjątku – od dzieci, po starych ludzi. Gdy oknem na świat był „kołchoźnik” wiszący na ścianie, nadający jeden program… I gdy uzmysławiam sobie trwałość Kościoła, który wiernie towarzyszył swojemu ludowi – wtedy, i dzisiaj. W każdy czas. W.S.

W kategorii: Aktualności